Kanały:
Wpisy
Komentarze

Będzie się działo!

Z kontry wybudza się powoli z świąteczno-noworocznego snu, z lekkim poślizgiem życząc swoim czytelnikom wspaniałego i pełnego futbolowych emocji Nowego Roku. O to drugie w zasadzie można być spokojnym. Będzie się działo!

Zanim większość z nas zdąży się oswoić z poprawnym zapisem dat, w Angoli wystartuje XVII Puchar Narodów Afryki. Najważniejszy piłkarski turniej drugiego co do wielkości kontynentu, to niezmiennie pokaz lokalnego folkloru i radości zarówno na murawie, jak i na trybunach. Autor niniejszego bloga stoi w wyraźnej opozycji do utyskujących na termin i rangę turnieju klubowych włodarzy. Czy może być bowiem coś piękniejszego niż reprezentowanie barw swojej ojczyzny? Warto pamiętać, że w przypadku Afryki mistrzostwa kontynentu mają szczególny wydźwięk. Dla żyjących w skrajnym ubóstwie mieszkańców większości krajów, to często jedna z nielicznych okazji na odrobinę szczerej radości.

Kibice Angoli

Cała Angola niecierpliwie czeka na 10 stycznia i mecz otwarcia z Mali

Ledwo afrykańscy zawodnicy zdążą powrócić do swoich macierzystych klubów, a już w europejskich pucharach i większości lig Starego Kontynentu rozpocznie się długi finisz skróconego sezonu. Skróconego, bowiem już w czerwcu Czarny Ląd ponownie znajdzie się w centrum zainteresowania. Po raz pierwszy w historii ugości on rywalizację o najcenniejsze trofeum piłkarskiego świata. Na nowoczesnych stadionach, pośród drażniących uszy telewidzów dźwięków vuvuzeli, afrykańskie drużyny spróbują nawiązać do sukcesu jedenastki Kamerunu, która w roku 1990 zaszokowała kibiców awansem do ćwierćfinału włoskiego mundialu. W Republice Południowej Afryki nie wystąpią co prawda Biało-Czerwoni, ale pojawi się wiele smaczków rekompensujących nieobecność naszej drużyny narodowej. Wystarczy napomknąć, iż oprócz absolutnego debiutanta (Słowacji), w Afryce zaprezentuje się aż siedem ekip, które w RPA dopiero drugi raz w swej historii wystąpią w Mistrzostwach Świata! Jak spiszą się drużyny afrykańskie? Na co stać hołdującą defensywie w wydaniu greckim Koreę Północną? Czy niedoceniany w Polsce Carlo Costly znów ucieszy kibiców w Hondurasie swoimi golami? Odpowiedzi na te i dziesiątki innych pytań poznamy już w drugim kwartale bieżącego roku.

Soccer Park

Finał mundialu rozegrany zostanie na Soccer Park w Johannesburgu

Zgodnie z manifestem Z kontry, pojawiające się tu teksty nie będą traktować jedynie o PNA i Mistrzostwach Świata. Spodziewać się możecie notek podobnych do tych, które napotkaliście tu A.D. 2009. Tematów na pewno nie zabraknie. Od czasu do czasu brakować może natomiast czasu autorowi, dlatego pojawiać się mogą przerwy w ciągłości. Życzę zarówno Wam, jak i sobie, żeby było ich jak najmniej. A jeśli do nich dojdzie, oby po okresach bezczynności blog powracał w wielkim stylu, niczym… Leeds United!

Po blisko sześciu latach przerwy, o popularnych Pawiach znów można było usłyszeć na całym świecie. Wszystko za sprawą wyczynu, którego podopieczni Simona Graysona dokonali w minioną niedzielę na Old Trafford. W obecności 74526 widzów, trzecioligowcy pokonali Manchester United 1:0 na jego terenie, eliminując tym samym zespół Sir Alexa Fergusona z Pucharu Anglii już w trzeciej rundzie. Szkocki menedżer po raz pierwszy w czasie swojej, trwającej od 1986 roku przygody z Czerwonymi Diabłami, zaznał goryczki porażki na tak wczesnym etapie najstarszych pucharowych rozgrywek świata. Niech statystyki mówią dalej! Ostatni raz Leeds United ograł na wyjeździe Manchester United dnia… 28 lutego 1981 roku! Z czternastu kolejnych wizyt aż dziewięciokrotnie wracał pokonany, pięciokrotnie wyjeżdżając z remisem, zwykle szczęśliwym.

Wszystko za sprawą przebłysku geniuszu Jonathana Howsona i Jermaine’a Beckforda. Howson prawie 50-metrowym podaniem uruchomił swojego niezwykle skutecznego kolegę (król strzelców League One sezonu 2008/09). Beckford zachował zaś zimną krew, strzelając zwiódł Tomasza Kuszczaka i Wesa Browna, a następnie… utonął w objęciach kolegów z drużyny:

Złośliwi deprecjonować będą sukces Pawi, wskazując na brak w zespole Fergusona Cristiano Ronaldo i paru innych zawodników. Nieistotne. Po murawie w czerwonych koszulkach w dalszym ciągu biegali piłkarze warci krocie. Sam Wayne Rooney, który snuł się po boisku przez pełne dziewięćdziesiąt minut, wedle aktualnej wyceny wart jest więcej, niż cała drużyna Leeds razem wzięta. Niezależnie od przyczyn sensacji, dobrze się stało. I dla Leeds, i dla angielskiej piłki. Założona w 1918 roku drużyna z hrabstwa Yorkshire to bez wątpienia jeden z najbardziej utytułowanych angielskich klubów, spośród tych, występujących obecnie w niższych – niż Premiership – klasach rozgrywkowych. Do jego najważniejszych osiągnięć zaliczyć należy:

  • Trzy tytuły Mistrza Anglii (1969, 1974, 1992)
  • Pięciokrotne Wicemistrzostwo Anglii (1965, 1966, 1970, 1971, 1972)
  • Zdobycie Pucharu Anglii (1972) i trzy udziały w finale (1928, 1932, 1973)
  • Triumf w Pucharze Ligi (1968) i jeden występ w finale (1996)
  • Dwa zwycięstwa w Tarczy Wspólnoty (1969, 1992) i jeden finał (1974)

    Kibice w Polsce kojarzą zawodników w białych strojach głównie z występów na arenie międzynarodowej. O ile o zwycięskich dla Leeds finałach Pucharu UEFA (1967) i Pucharu Miast Targowych (1971) oraz porażkach w decydujących meczach Pucharu Miast Targowych (1967), Pucharu Zdobywców Pucharów (1973) i Pucharu Europy (1975), pamiętają nieliczni, o tyle pamięć o wyczynie Pawi z przełomu wieków pozostaje wciąż żywa. W sezonie 2000/01 Leeds, zbrojny w asy pokroju Iana Harte’a, Lee Bowyera, Alana Smitha czy Marka Viduki, zapracował sobie na miano rewelacji Ligi Mistrzów. Zwycięski marsz Anglików powstrzymała dopiero w półfinałowym dwumeczu Valencia (0:0 i 0:3).

    Leeds United

    Piłkarze Leeds na swoim stadionie przed pierwszym meczem półfinału LM

    Uważni kibice na powyższym zdjęciu dostrzegą zapewne dwóch zawodników, którzy zamienili z czasem białe trykoty Leeds na czerwone koszulki Manchesteru. Chodzi o Rio Ferdinanda (stoi jako drugi od prawej), czyli podporę obecnej defensywy Czerwonych Diabłów oraz blondwłosego Alana Smitha (pierwszy z lewej w dolnym rzędzie), który w latach 2004-2007 zaliczył średnio udaną przygodę z drużyną Fergusona. Patrząc z perspektywy czasu na ówczesny skład drużyny, nie trudno się dziwić, że prezentowany przez nią styl gry przemawiał do wyobraźni kibiców. Także tych polskich. To wtedy w naszym kraju powstawać zaczęły strony internetowe Leeds United – kopciuszka, który zabłysnął w elitarnym towarzystwie. O istnieniu Pawi do dziś przypomina też fragment przyśpiewki, którą usłyszeć można w wykonaniu kibiców Lecha Poznań:

    Dał nam przykład Leeds United, jak zwyciężać mamy!

    Dalsze losy Leeds to pasmo coraz to większych rozczarowań. Lawinę nieszczęść wywołał sensacyjny spadek z Premiership w sezonie 2003/04. Dwa lata później Pawie otarły się nawet o powrót o do elity (przegrany baraż o awans z Watfordem), ale w roku 2007 otrzymały kolejny cios. Znajdujący się w fatalnej kondycji finansowej klub, został ukarany przez angielską federację odjęciem 10 punktów, co poskutkowało relegacją do League One, czyli de facto trzeciej ligi. Ostatnie dwa sezony stały pod znakiem mozolnej odbudowy i ekonomicznej stabilizacji klubu. Początki były trudne. Kiedy na Leeds tuż po spadku do League One nałożoną kolejną karę w wysokości minus piętnastu punktów, wydawało się, że dalszy upadek jest tylko kwestią czasu. Zasłużonemu klubowi udało się jednak powstać kolan i pomimo tak dolegliwych okoliczności, wywalczyć awans do play-off o miejsce w drugiej lidze. W decydującym meczu Leeds nie sprostał jednak Doncasterowi (0:1) i zachował status III-ligowca. W poprzednim sezonie Pawie zajmując 5. miejsce ponownie stanęły przed szansą powrotu na drugoligowy front. Tym razem nie udało im się jednak sforsować nawet półfinałowej przeszkody (Millwall).

    Dwukrotnie przegrane play-offy widocznie zmobilizowały ludzi Graysona. W tym sezonie od początku pewnie liderują w tabeli. Na półmetku rozgrywek Leeds ma już osiem punktów przewagi nad zajmującym drugą lokatę Norwich City. Wiele wskazuje na to, że tym razem Beckford i spółka wywalczą upragniony awans z pierwszego miejsca. Życzę Graysonowi i jego piłkarzom jak najlepiej. Jeszcze dekadę temu stadion Leeds przy Elland Road wymieniany był jednym tchem wśród najbardziej znanych angielskich obiektów. Jeśli fortuna sprzyjać będzie Pawiom, już w sezonie 2011/12 na boiskach Premiership może dojść do ligowego rewanżu za niedzielny mecz. Wcześniej trwać będzie przygoda zawodników Leeds z bieżącą edycją Pucharu Anglii. Udało się już im zaliczyć najtrudniejszy z możliwych testów. Ich sensacyjne osiągnięcie na Old Trafford zinterpretować można nieśmiało jako zapowiedź roku pełnego piłkarskich niespodzianek. Roku, w którym będzie się działo!

  • Au revoir Excelsior

    To już koniec, koniec, koniec, jak śpiewał Charles Aznavour w jednym ze swoich sztandarowych utworów. Po paru latach borykania się z kłopotami natury finansowej, Excelsior Mouscron znika z futbolowej mapy. Prawdopodobnie zwieńczony zwycięstwem sobotni występ na boisku outsidera z Roeselare (2:1) okaże się ostatnim w historii walońskiego klubu, w Polsce kojarzonego głównie za sprawą braci Żewłakowów.

    Poważne problemy Excelsioru zaczęły się w roku 2006, wraz ze zmianami personalnymi na najważniejszych stanowiskach. Edward van Daele, dotychczasowy prezydent, podał się wtedy do dymisji. Znalezienie następcy, zainteresowanego mało atrakcyjnym medialnie klubem okazało się kłopotliwe. Bezkrólewie trwało dwa miesiące, a klubem zarządzał w tym okresie awaryjnie Francis D’Haese. Wreszcie w styczniu 2007 roku najważniejszy stołek został obsadzony. Klub ze względów sentymentalnych przejął Philippe Dufermont, osiadły w Hiszpanii biznesmen urodzony w Mouscron. Sam usunął się jednak w cień, zarządzaniem zajął się zaś jego przyjaciel Benoît Roul. Początki były obiecujące. Zmianom na lepsze w strukturze organizacyjnej towarzyszyły sensacyjne transfery. Do gry w Mouscron udało się nowemu prezesowi nakłonić między innymi bardzo znanego w Belgii pomocnika Waltera Baseggio czy też bramkostrzelnego Chorwata Zvonimira Deranję. Przed startem sezonu 2007/08 belgijska prasa upatrywała nawet w Excelsiorze czarnego konia rozgrywek. Bańka mydlana prysła dosyć szybko. Mouscron uplasował się w belgijskiej Jupiler League dopiero na 11. miejscu. Powolna agonia zaczęła się parę miesięcy później, wraz z ujawnieniem pokaźnych długów i problemów z bieżącą płynnością. Mouscron w sezonie 2008/09 był dwukrotnie zagrożony wykluczeniem z rozgrywek. Z odsieczą pośpieszył mu Dufermont, najpierw sięgając do własnej sakiewki, następnie zaś przedstawiając belgijskiej federacji plan rozwiązania problemów z budżetem klubu.

    Philippe Dufermont

    Zafrasowany Philippe Dufermont to ostatnio coraz częstszy widok

    W międzyczasie trwały poszukiwania sponsorów, do akcji zaangażowali się także kibice. Ich starania nie przyniosły jednak żadnego efektu. Excelsior stał się tykającą bombą zegarową. Eksplozja nastąpiła 27 października bieżącego roku. Tego dnia belgijska federacja piłkarska cofnęła zespołowi licencję z powodu niezapłaconych długów. Taki sam krok podjęli także szefowie europejskiej centrali w Nyonie. Klub otrzymał możliwość odwołania się od decyzji, warunkowo mógł też dalej występować w lidze. W listopadzie Dufermont podjął się rozpaczliwej próby ratowania klubu. Nie będąc dłużej w stanie finansować go tylko z własnych środków, zwrócił się do firmy konsultingowej Capitalium Consult. Współpracując z Dufermontem i radnymi miasta Mouscron, starała się ona doprowadzić do ocalenia zespołu i odzyskania licencji. Pod koniec listopada na oficjalnej stronie klubu pojawiła się informacja, która wlała w serca sympatyków zespołu nadzieję. Fundusz inwestycyjny Andersen miał zainwestować w Excelsior 5 milionów euro, utworzyć spółkę akcyjną i przejąć klubowe aktywa, pod warunkiem zatrzymania licencji na grę w lidze belgijskiej i europejskich pucharach. Do inwestycji ostatecznie nie doszło. W piątek, 4 grudnia, na internetowej witrynie Excelsioru pojawił się smutny komunikat o dobrowolnym poddaniu się likwidacji ze skutkiem natychmiastowym. W treść komunikatu wpleciono podziękowania dla prezesa Dufermonta, sztabu szkoleniowego, piłkarzy, kibiców, wolontariuszy, klubowych adwokatów i instytucji, które zaangażowały się w akcję ratowania klubu. Czytamy w nim również, że:

    Klub nie posiadał alternatyw wystarczająco wiarygodnych, aby sprostać wymaganiom ewentualnych inwestorów.

    Rada Nadzorcza klubu zapewniła również, że w kontekście działalności belgijskiej federacji piłkarskiej i organizacji zarządzającej pierwszą ligą belgijską, świadoma jest konsekwencji, które pociągnęło za sobą zamieszanie wokół klubu. To, czy wyniki wszystkich meczów z udziałem Excelsioru zostaną anulowane, zależy teraz od tych właśnie organów. Zgodnie z treścią komunikatu, w miniony weekend w klubie pojawił się likwidator Alain Zenner. Swoją misję określił on następująco:

    Moja rola może polegać na byciu mediatorem, negocjatorem, likwidatorem-ratownikiem, z całą pewnością zaś nie terminatorem. Moja działalność nie będzie się sprowadzała do zamknięcia wszystkich kurków i rozmieszczenia ładunków wybuchowych.

    Istotnie, pan Zenner współpracujący z ekspertami od spraw księgowości oraz finansów, spotkał się już między innymi z lokalnymi władzami i przedstawicielami belgijskiej federacji, w celu znalezienia optymalnego rozwiązania. Przez takowe rozumie on odpowiednią restrukturyzację aktywów Excelsioru Mouscron, tak, aby w dalszym ciągu mogły one służyć szkółce piłkarskiej Futurosport uruchomionej przez klub w roku 1997. W przyszłości być może mógłby z nich też skorzystać powstały pod innym szyldem lokalny zespół, który przystąpiłby do rozgrywek krajowych na najniższym poziomie.

    Le Canonnier

    Budynek klubowy na stadionie Le Canonnier

    Co dalej dziać się będzie z infrastrukturą przynależącą do Excelsioru? Tego jeszcze nie wiadomo, niemalże codziennie strona internetowa donosi o kolejnych działaniach likwidatora. Zdaniem belgijskich mediów szansa na warunkowe rozegranie sobotniego spotkania ligowego z Lokeren są bliskie zeru. Na pożegnanie z pierwszoligowym futbolem Excelsior zaliczył serię pięciu kolejnych meczów bez porażki. W żadnym stopniu nie ukoi to jednak rozpaczy fanów. Pozostaje im żyć wspomnieniami…

    Royal Excelsior Mouscron w Jupiler League występował nieprzerwanie od sezonu 1996/97. To właśnie jako beniaminek waloński zespół sensacyjnie uplasował się na trzecim miejscu w lidze. Blisko powtórki tego osiągnięcia zespół z Le Canonnier był jeszcze w sezonach 1998/99 i 1999/2000, które ostatecznie kończył na czwartej pozycji. Excelsior Mouscron to także dwukrotny finalista Pucharu Belgii (2002, 2006) oraz finalista Pucharu Ligi (2000). Dobre występy na krajowym gruncie pozwoliły mu na występy w europejskich pucharach. W roku 1997 po wyeliminowaniu z Pucharu UEFA Apollonu Limassol (3:0, 0:0), Belgowie odpadli z FC Metz (0:2, 1:4). W sezonie 2003/04 ponownie zakończyli swoją przygodę z tymi samymi rozgrywkami na drugim rywalu. Po zwycięskim dwumeczu z Fylkirem Rejkiawik (3:1, 1:1), Mouscron wyraźnie uległ Slavii Praga (2:2, 1:5).

    Lata świetności klubu zbiegły się z występami w jego czerwono-białych barwach wspomnianych na wstępie polskich bliźniaków: Marcina i Michała Żewłakowów. Ten pierwszy w latach 1999-2005 zdobył dla zespołu z Mouscron aż 75 goli, dorzucając kolejne trzy w czasie epizodycznego powrotu w sezonie 2005/06. Michał występował w zespole z prowincji Hainaut krócej, ale w latach 1999-2002 zaliczył w nim blisko sto oficjalnych występów. W Excelsiorze występowali także piłkarze bardziej znani szerszej publiczności. W roku 1997 odkryciem sezonu i najlepszym juniorem ligi belgijskiej uznano ówczesnego napastnika Mouscron. Był nim późniejszy reprezentant Belgii Emile Mpenza. Nieco później, w roku 2002, najlepszym bramkarzem Jupiler League został klubowy kolega Żewłakowów, Franky Vandendriessche. Przegląd indywidualnych osiągnięć zawodników Excelsioru zamyka korona króla strzelców, którą z aż 28 trafieniami wywalczył w sezonie 2003/04 znany z występów we francuskiej Ligue1 Luigi Pieroni. Od tego czasu żaden zawodnik nie strzelił w jednym sezonie pierwszej ligi belgijskiej więcej goli. Znanych nazwisk nie brakowało także na ławce trenerskiej w Mouscron. Klub prowadzili w między innymi Georges Leekens, Hugo Broos, Lorenzo Staelens, Enzo Scifo i – ostatnio – Miroslav Djukić.

    Kibice Excelsioru Mouscron

    Na przełomie XX i XXI wieku kibice Excelsioru mieli powody do radości

    Czy jeszcze kiedyś Le Canonnier będzie świadkiem scen takich jak ta powyżej? Jeśli tak, najpewniej trzeba będzie na to trochę poczekać. Podobny los spotykał już znane belgijskie kluby, takie jak KV Mechelen czy też Eendracht Aalst. Pierwszy po odrodzeniu gra dzisiaj powtórnie w Jupiler League, drugi tuła się pod nieco zmienioną nazwą po niższych ligach. Którą drogą podąży futbol w Mouscron? W nadziei, że tą pierwszą, mówię Excelsiorowi i jego fanom Au revoir. Do zobaczenia.

    Hekatomba

    Hetakombą pierwotnie nazywano ofiarę ze stu wołów składaną bogom, a w szczególności Zeusowi. Z czasem zaczęto tego terminu używać także w mowie potocznej, do określania jednoczesnej zagłady wielu istnień. Słowem tym posłużyły się także wczoraj niektóre dzienniki francuskie, aby w odpowiednio dosadny sposób oddać wyniki VII rundy Pucharu Francji. Całkiem słusznie. Puchar Tysiąca Drużyn w miniony weekend ponownie pokazał swoje prawdziwe, jakże piękne, oblicze. Grę na pierwszym swoim występie w tych rozgrywkach zakończyło aż siedem drużyn z Ligue2. Wyższość amatorów uznać musiało również pięć ekip z National, czyli francuskiej trzeciej ligi.

    Sprawcą największej sensacji stał się piątoligowiec z Concarneau, który odprawił siedmiokrotnego mistrza Francji – FC Nantes – zwyciężając w pełni zasłużenie aż 3:0! W spotkaniu dwóch bretońskich ekip, profesjonaliści zaprezentowali się żenująco. To kolejny prztyczek w nos polskiego właściciela drużyny, Waldemara Kity, który sukcesywnie prowadzi klub do upadku. Polak z każdym dniem umacnia swoją pozycję na czele listy najbardziej znienawidzonych przez lokalnych fanów prezydentów w historii klubu. Kompromitacja w Coupe de France jest logicznym następstwem tragicznego zarządzania zespołem, ogromu nietrafionych decyzji personalnych i atmosfery ogólnej stęchlizny, którą polski biznesmen wytwarza wokół zasłużonego dla francuskiej piłki klubu. Fani zespołu od blisko roku manifestują swoje niezadowolenie i życzą Kicie rychłego opuszczenia stanowiska. Autor niniejszego bloga, który sam od wielu lat odczuwa silną więź emocjonalną z nantejskim klubem, w pełni popiera ten postulat i odwołując się do słów Kmicica apeluje: Kończ Waść, wstydu oszczędź!

    Waldemar Kita

    Prezydent Kanarków nie cieszy się w Nantes sympatią

    Tymczasem w Concarneau zapanowała ogromna radość. Niespełna 20-tysięczne miasteczko znowu przewinęło się przez wszystkie sportowe serwisy w kraju. Do tej pory usłyszeć o nim można było niemalże jedynie za sprawą byłego reprezentanta Francji, Stéphane’a Guivarc’ha. Były napastnik En Avant Guingamp, AJ Auxerre czy Glasgow Rangers, przyszedł na świat właśnie w tym urokliwym nadmorskim miasteczku. Zaskakujący triumf z Nantes dał podopiecznym Nicolasa Cloareca awans do VIII rundy. O tym, że stać ich na wiele przekonał już ubiegły sezon, w którym amatorzy z Bretanii zatrzymali się dopiero w 1/32 finału (IX runda) na Lyonie, przegrywając u siebie 0:6. W tym sezonie marzy im się dotarcie jeszcze dalej. Cloarec to mimo zaledwie 32 lat bardzo obiecujący trener. Ten były gracz Lorient i Caen (łącznie ma na koncie 32 występy w Ligue1) w wieku 27 lat postanowił skończyć z wielką piłką i powrócił do swojego rodzinnego Concarneau. Po trzech latach spędzonych tam na boisku, przejął schedę po Serge’u Le Dizecie, notabene byłym piłkarzu i trenerze… Nantes. Cloarec twardo stąpa po ziemi. Wygraną z faworytem przypisał w znacznym stopniu nierównej murawie, która zniwelowała poziom umiejętności pomiędzy drużynami. Porównując tak diametralnie odmienne od siebie Concarneau i Nantes, należy zwrócić uwagę na jeden interesujący fakt. L’Union Sportive Concarnoise to klub założony w już w 1911 roku, a zatem starszy od FC Nantes o bagatela 32 lata. Od momentu powstania Concarneau ani razu nie dochrapało się statusu klubu profesjonalnego i nie odnotowało też żadnego większego sukcesu. Być może Cloarec i jego ludzie rozpoczęli właśnie zapisywanie najwspanialszej karty w historii klubu…

    Marina w Concarneau

    Concarneau kusi turystów swym położeniem i efektowną mariną

    Na całej linii zawiodło nie tylko Nantes. Solidną porcję konsternacji przemieszanej ze wstydem zafundował swoim sympatykom inny faworyt do awansu do Ligue1 – Le Havre. Najstarszy francuski klub przegrał u siebie 0:1 z piątoligowym Avion (ciekawostka: avion to po francusku samolot). Polityka amatorskiego klubu z Avion opiera się od lat na ściąganiu zawodników z głębokich rezerw Lille i Lens oraz szkoleniu młodzieży. Najbardziej spektakularnym jej owocem były do tej pory: awans do 1/32 finału Pucharu Francji w sezonie 2007/08 oraz ćwierćfinał Coupe Gambardella (najsłynniejsze rozgrywki dla młodzieżowców) dwa lata wcześniej. Z pogromcą Hawru wiąże się polski akcent. Niewielki Avion leży w regionie Nord-Pas-de-Calais, jednym z największych skupisk polonii w Europie Zachodniej. To efekt emigracji Polaków na początku XX wieku. Trudnili się oni głównie górnictwem i swego czasu stanowili 70% zatrudnionych w tym zawodzie we Francji. Pozostałością po polskich emigrantach są nazwiska. W CS Avion jest ich pod dostatkiem. Trenerem drużyny jest Reynald Dabrowski, w linii pomocy występuje Toni Kociszewski, zaś za bank informacji i klubowe finanse odpowiada Philippe Pachurka. Jeszcze do niedawna w kadrze byli także obrońca Jérémy Posluszny i napastnik Olivier Bogaczyk. Do momentu przystąpienia do rywalizacji AJ Auxerre, jest to chyba najbardziej polski zespół w stawce uczestników. Chociażby z tego względu warto trzymać za niego kciuki w nadziei, że będą w stanie jeszcze nie raz wzlecieć (nomen omen) na wyżyny.

    CS Avion

    Club Sportif Avionnais ma swoje pięć minut

    W innym z meczów autorem niemałej sensacji stał się Olympique Saumur. Na jego kameralnym stadionie z pucharu odpadł drugoligowiec z Châteauroux (3:1). Saumur na co dzień występuje w piątej lidze (CFA2), choć latem uzyskał promocję do wyższej ligi. W ostateczności nie spełnił on jednak restrykcyjnych wymogów francuskiej federacji i został pozbawiony awansu. Podobnie jak Concarneau i Avion, Saumur zna już smak pucharowych zwycięstw. W 2005 roku piłkarze z miasta słynącego z jednego z zamków nad Loarą przedarli się aż do 1/16 finału. W obecnym zespole ostało się nawet pięciu zawodników, którzy występowali w Saumur również przed czterema laty. Trener Patrice Sauvaget po końcowym gwizdku zdradził mediom, że wraz ze swoim sztabem długo rozpracowywał rywala. Teraz marzy mu się awans przynajmniej do 1/32 finału i mecz z którymś z zespołów Ligue1. Nic w tym dziwnego, taki pojedynek byłby najpewniej emitowany w telewizji, a wpływy z tego tytułu znacznie wzmocniłyby klubową kasę. Doświadczył tego chociażby inny piątoligowiec USJA Carquefou, który w sezonie 2007/08 zawładnął sercami Francuzów zwycięstwami nad zespołami z Ligue1 i Ligue2 (między innymi Marsylią) i awansem do ćwierćfinału. W bieżącej edycji Carquefou zostało już wyeliminowane przez… Saumur. W północno-zachodniej Francji to zespół Sauvageta wyrasta teraz obok Concarneau na największą nadzieję miłośników maluczkich.

    Do innych zaskakujących rozstrzygnięć doszło na stadionach czwartoligowych Marignane i Yzeure, które rozprawiły się odpowiednio z Bastią i Clermont. Pulę wyrzuconych za burtę drugoligowców uzupełniają beniaminek Arles/Avignon (porażka z trzecioligowym Luzenac) i Istres, pokonane przez inny zespół Ligue2 – Nîmes. Spośród pięciu wyeliminowanych trzecioligowców tylko dwa mierzyły się z zespołami z niższych lig. Outsider z Moulins nie sprostał na wyjeździe grającemu dwie klasy niżej Cholet, zaś baskijskie Bayonne sprawiło swoim kibicom ogromny zawód przegrywając w Langwedocji z siódmoligowym Lattes (0:1). Jak co roku cała Francja śledziła też bacznie poczynania drużyn z departamentów i terytoriów zamorskich (tzw. DOM-TOM), które dołączają do gry w VII rundzie. Mecze z ich udziałem, niezależnie od miejsca ich rozgrywania, wiążą się oczywiście z tysiącami kilometrów pokonywanymi przez którąś z drużyn. W tym roku, w VII rundzie z szóstki ekip z DOM-TOM poszczęściło się tylko Excelsiorowi Saint Joseph z wyspy Réunion, który na swoim afrykańskim obiekcie udowodnił wyższość nad kontynentalnym czwartoligowcem z Quimper (1:0). Swój udział na tym etapie zakończyli natomiast przedstawiciele Gujany Francuskiej, Gwadelupy, Martyniki, Nowej Kaledonii i Polinezji Francuskiej. Excelsior, który swojego rywala w VIII rundzie pozna już dzisiaj, spróbuje podążyć w ślady zespołu Geldar Kourou z Gujany Francuskiej. Gujańczycy dotarli dotąd najdalej ze wszystkich zespołów z DOM-TOM w całej historii rozgrywek. Ich przygoda z Coupe de France w sezonie 1988/89 zakończyła się na 1/16 finału i wyraźnie przegranym dwumeczu z FC Nantes (0:3, 0:8).

    Gracze Excelsioru

    Ogromna radość piłkarzy Excelsioru Saint Joseph

    Zespoły marzące o występie w wielkim finale na Stade de France muszą jeszcze pokonać sześć przeszkód. Najbliższa z nich – VIII runda – rozegrana zostanie w dniach 12-13 grudnia. Zkontry nie odmówi sobie przyjemności ich monitorowania, a następnie napomknięcia Wam o co ciekawszych wynikach. Na pucharowym ołtarzu złożony zostanie z pewnością jeszcze niejeden faworyt.

    Nie tak dawno pisałem o drużynie Sportu Huancayo, która zwyciężając w Copa Perú uzyskała przepustkę do pierwszej ligi swojego kraju. Nie umniejszając nic drużynie z gór, należy przypomnieć, że potykała się ona wyłącznie z drużynami z mniej lub bardziej głębokiego zaplecza peruwiańskiej elity. Tymczasem w sąsiednim Chile trwa pucharowy sen drugoligowego Uniónu San Felipe. Piłkarze ze stanu Valparaíso, nad którym góruje potężna Aconcagua (najwyższy szczyt obydwu Ameryk), awansowali właśnie do finału najbardziej prestiżowych rozgrywek pucharowych w swoim kraju – Copa Chile. Uczynili to w imponującym stylu, eliminując po drodze czterech pierwszoligowców.

    San Felipe

    Na pierwszym planie Dolina Aconcagui wraz z San Felipe, w tle Andy

    Na wstępie zaznaczyć trzeba, że Unión San Felipe nie jest drużyną anonimową w chilijskim futbolu. Zdążył się on już zapisać złotymi zgłoskami w annałach rodzimej piłki nożnej, zostając pierwszym i jedynym po dziś dzień zespołem, który w dwóch następujących po sobie latach zwyciężył zarówno w II, jak I lidze chilijskiej (jako beniaminek). Miało to miejsce w latach 1970-71. Sensacyjnie wywalczone wtedy mistrzostwo kraju jest jedyną zdobyczą w 53-letniej historii klubu, który dzięki swojemu wyczynowi miał okazję wystąpić raz w Copa Libertadores. Gracze Uni-Uni, jak nazywany jest klub z San Felipe, rozpoczęli fazę grupową od efektownej wygranej w bratobójczym pojedynku z Universidad de Chile (3:2). Jak się później okazało, była to jedyna wygrana Uniónu w tych prestiżowych rozgrywkach. Spektakularny sukces z początku siedemdziesiątych poszedł jednak szybko w niepamięć. Unión San Felipe już w 1974 spadł z chilijskiej Primera Division i od tego czasu balansował głównie pomiędzy pierwszą a drugą ligą. Ostatnie lata były dla Aconcagüinos (takim mianem określa się piłkarzy zespołu) wyjątkowo chude – od roku 2005 nie udawało im się powrócić w szeregi najlepszych. Dopiero obecny sezon okazał się przełomowy, nie tylko ze względu na doskonałe wyniki w krajowym pucharze. Klub zarządzany przez Argentyńczyka Raúla Delgado przypieczętował w październiku wicemistrzostwo II ligi, a co za tym idzie uzyskał promocję do pierwszej ligi. Co ciekawe, trenerem Uniónu jest rodak Delgado (Roberto Mariani), a w kadrze figuruje aż pięciu zawodników z kraju tanga. Argentyńsko-chilijska mieszanka okazała się wybuchowa. Możemy sie o tym przekonać oglądając kompilację akcji, którą klubowy kanał na YouTube zaprezentował po zakończeniu niezwykle udanych rozgrywek ligowych:

    Jeszcze więcej splendoru dostarczyło piłkarzom Uniónu pokonywanie kolejnych szczebli w krajowym pucharze. Zanim jednak cały kraj zaczął śledzić brawurową drogę Aconcagüinos do finału, zespół z San Felipe uporał się w 1/32 finału z trzecioligowym Deportes Peñalolén. Awans rodził się w bólach, lecz na kameralnym obiekcie przeciwnika podopieczni Marianiego ostatecznie zwyciężyli:

    Skala trudności stopniowo rosła. W 1/16 finału do San Felipe przyjechał pierwszoligowy O’Higgins Rancagua. Dramaturgii wydarzeniu dodała awaria oświetlenia, do której doszło przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Na szczęście organizatorzy usunęli ją na czas i obydwie jedenastki wybiegły na murawę. Pierwsze pół godziny meczu było wyrównane. Potem lekką przewagę zaczęli sobie budować piłkarze Uniónu. Wreszcie, w 40. minucie spotkania pomocnik gospodarzy Daniel Aráoz otworzył wynik strzałem z rzutu wolnego:

    Radość miejscowych trwała niecałe 120 sekund. Przyjezdni błyskawicznie doprowadzili do wyrównania za sprawą obrońcy Santiago Gentilettiego. Zespoły schodziły do szatni z wynikiem 1:1. Drugie 45 minut rozpoczęło się od mocnego uderzenia ekipy z San Felipe. Napastnik Uni-Uni Ángel Vildozo wykorzystał dokładne podanie Juana Tolozy i wyprowadził drugoligowca na prowadzenie. Pomimo wysiłków wyżej notowanego rywala, wynik nie uległ już zmianie i do dalszych gier awansował zespół z Doliny Aconcagui.

    Blisko miesiąc później, Unión San Felipe rywalizował u siebie o ćwierćfinał z kolejnym przedstawicielem chilijskiej Primera Division, stołecznym Uniónem Española. Zawody rozegrano 13 października, w bardzo sprzyjającym dla gospodarzy momencie. Goście od początku września znajdowali się w fatalnej formie, nie wygrali ośmiu kolejnych spotkań i u podnóża Andów nie udało im się wyrwać z impasu. W obecności 3.000 widzów zgromadzonych na stadionie w San Felipe, w starciu dwóch klubów o identycznej nazwie, lepszy okazał się ten ze stanu Valparaíso. Jedynego gola strzelił w 28. minucie jeden z ojców wcześniejszych zwycięstw pucharowych, Daniel Aráoz. Tym samym Aconcagüinos znaleźli się w finałowej ósemce Copa Chile. Los nie był dla nich łaskawy i w półfinale na stadion miejski w San Felipe przyjechać miało słynne Colo Colo, od wielu lat najlepiej rozpoznawalny na świecie chilijski klub.

    Lokalna społeczność oszalała, a bilety rozeszły się na pniu, było ich zresztą niewiele – dla bezpieczeństwa postanowiono zmniejszyć pojemność stadionu. Na mecz z 24-krotnym mistrzem Chile na Estadio Municipal de San Felipe rozprowadzono około sześciu tysięcy biletów. Przed ćwierćfinałem trener Mariani był optymistą, co nie przeszkadzało mu… narzekać na chilijską federację. Unión starał się przełożyć mecz, który wyznaczono na 22 października. Ledwie cztery dni wcześniej Mariani i jego ludzie wrócili z ciężkiego wyjazdu do Coquimbo, zaś trzy dni po meczu z Colo Colo mieli rozegrać przedostatnią kolejkę ligi, w której zaciekle rywalizowali o awans z zespołami Santiago Wanderers i San Luis Quillota. Koniec końców do meczu doszło w zaplanowanym terminie. Kiedy w 33. minucie 20-letni Charles Aránguiz wyprowadził w pełni zasłużenie Colo Colo na prowadzenie, wydawało się, że kolejne gole dla faworyta są tylko kwestią czasu. W drugiej połowie obraz gry nie uległ zmianie. Utytułowany klub ze stolicy kontrolował przebieg meczu i skutecznie rozbijał kontry drugoligowców. Często owo rozbijanie odbywało się w sposób wielce dosłowny. Agresywne wejścia gości zostały w drugiej połowie wynagrodzone trzema żółtymi kartkami. Gospodarze nie pozostali dłużni i zapracowali sobie na tyle samo kartoników. Sytuację diametralnie odmienił właśnie faul. Dopuścił się go we własnym polu karnym obrońca gości Enzo Vargas. Jedenastkę na gola zamienił Ángel Vildozo. Była 84. minuta meczu. Niespełna 240 sekund później Vildozo otrzymał szansę przedostania się na pierwsze strony sportowych gazet w całym kraju. Po faulu na defensorze Uni-Uni, Estebanie Carvajalu, arbiter Jorge Osorio ponownie wskazał na wapno. Tym razem górą był jednak bramkarz Colo Colo, Francisco Prieto. Była to ostatnia sytuacja bramkowa. W Copa Chile nie gra się dogrywek, dlatego zwycięzcę wyłonić miały rzuty karne. Potrzebne było siedem serii:

    Napięcia nie wytrzymał dziewiętnastoletni napastnik Colo Colo, Esteban Pavez. Sensacja stała się faktem, a Unión San Felipe utorował sobie drogę do półfinału. Czekał w nim Universidad de Concepción, kolejna z uznanych marek chilijskiego futbolu i jeden z głównych kandydatów do mistrzostwa kraju. Do meczu doszło w tym tygodniu, w nocy ze środy na czwartek polskiego czasu. Niemożliwe ponownie okazało się możliwym. Pełen pasji Dawid pokonał statycznego Goliata. Aconcagüinos od pierwszej minuty wykazywali większą ochotę do gry, za co zostali nagrodzeni pięknymi golami Estebana Carvajala (40′) i Jonathana Domíngueza (87′). Tego dnia serwisy sportowe chilijskich stacji telewizyjnych rozpoczynały się mniej więcej tak:

    Co dalej? W najbliższą niedzielę Unión San Felipe zmierzy się w finale Pucharu Chile z pierwszoligowym Municipalem Iquique i… wydaje się być faworytem! Po pierwsze, najbliżsi rywale Uni-Uni status drużyny występującej w najwyższej klasie rozgrywkowej zachowują już jedynie pro forma, bowiem w Primera Division zajęli oni ostatnie miejsce i w przyszłym sezonie zamienią się z Aconcagüinos miejscami. Po drugie, mecz finałowy zostanie rozegrany w Valparaíso, będącym stolicą stanu o takiej samej nazwie, w obrębie którego leży San Felipe. Unión będzie miał więc nieformalną przewagę własnego boiska. Wreszcie po trzecie, Jasnoniebieskie Smoki z Iquique dotarły do finału wyrzucając za burtę zaledwie jednego pierwszoligowca (po rzutach karnych) i męcząc się niemiłosiernie z dwoma drugoligowcami (wygrana jedną bramką i awans po serii jedenastek). Przed piłkarzami Marianiego otwiera się możliwość nawiązania do największego sukcesu w historii klubu, od którego upłynęło już bagatela 40 lat! Zwycięstwo w Copa Chile otworzyłoby też piłkarzom Uniónu wrota Copa Sudamericana, drugich co do ważności rozgrywek klubowych kontynentu. Sam Mariani jest coraz częściej wymieniany w Chile w nawiązaniu do sukcesu swojego rodaka, Marcelo Bielsy. Ten ostatni awansował z chilijską reprezentacją na przyszłoroczny mundial. Jeśli trener Uniónu San Felipe wzniesie w najbliższy weekend cenne trofeum, z pewnością estyma, którą cieszą się w Chile argentyńscy szkoleniowcy dodatkowo wzrośnie.

    Odwołanie kolejnej edycji europejskich czy też południowoamerykańskich rozgrywek międzypaństwowych o trzydziestoletniej historii, odbiłoby się głośnym echem w sportowych serwisach na całym globie. W przypadku Afryki, która traktowana jest wciąż jako peryferia wielkiej piłki, takie wydarzenie przechodzi niezauważone. Najlepszym tego przykładem jest reakcja – a w zasadzie jej brak – na przełożenie Pucharu Amílcara Cabrala, którego już dwudziesta odsłona miała wystartować przedwczoraj w Mauretanii. I nie wystartowała. Gospodarze postanowili ją przełożyć na marzec przyszłego roku. To kolejny cios dla turnieju, którego prestiż w ostatniej dekadzie drastycznie zmalał.

    Po raz pierwszy zawody te rozegrano w 1979 roku, sześć lat po śmierci człowieka, którego pamięci zostały zadedykowane. A była to postać nietuzinkowa, ciesząca się do dziś wyjątkowym szacunkiem mieszkańców Afryki Zachodniej. Amílcar Cabral, urodzony w 1924 roku w Gwinei Portugalskiej (dzisiejsza Gwinea-Bissau), wsławił się walką o wyzwolenie tego kraju spod jarzma reżimu Salazara. Działalność wyzwoleńczą prowadził również na Wyspach Zielonego Przylądka, zaś przez pewien czas był członkiem Ruchu na Rzecz Wyzwolenia Angoli. Uznanie na Czarnym Lądzie zdobył jednak sterując założoną wespół z bratem i trzema innymi działaczami Afrykańską Partią Na Rzecz Wyzwolenia Zielonego Przylądka i Gwinei (PAIGC). Dzięki przychylności ówczesnego prezydenta Ghany, Kwame Nkrumaha, Cabral ćwiczył na terytorium tego państwa swoją guerillę, którą następnie posłał w bój przeciwko Portugalczykom. Z sukcesami. Pod koniec lat 60. partia braci Cabral kontrolowała już większą część Gwinei Portugalskiej. Kiedy Amílcar przygotowywał się do budowy niepodległego państwa, został 20 stycznia 1973 roku zastrzelony przez portugalskich agentów w siedzibie swojej partii. Nie zahamowało to dążeń niepodległościowych. Rok później w Portugalii doszło do Rewolucji Goździków. PAIGC uzyskała tymczasem 90% głosów w demokratycznych wyborach. Brata Amílcara, Luísa Cabrala, obwołano wkrótce pierwszym prezydentem niepodległej Gwinei-Bissau.

    Amílcar Cabral

    Amílcar Cabral poświęcił swe życie walce o niepodległość

    Ruchy wyzwoleńcze w Afryce połowy XX wieku przywodzą na myśl wiele nazwisk. Panafrykanizm utożsamiany jest głównie z przytoczonym wcześniej Nkrumahem, Juliusem Nyerere, Hajle Selasje, Patrice Lumumbą czy Ahmedem Sékou Touré. Cabral i rola, jaką odegrał, poza kontynentem afrykańskim wydają się być nieco deprecjonowane. Podczas gdy niektórzy Europejczycy zarzucają mu dryf w stronę marksizmu, w Afryce Zachodniej pamięć o Amílcarze Cabralu, jednym z ojców niepodległości całego kontynentu, jest wciąż żywa. Jego imię nosi największe lotnisko Republiki Zielonego Przylądka. W dowód wdzięczności za jego czyny, powołano też do życia wspomniany turniej piłkarski dla państw Afryki Zachodniej. Niestety, odchodzi on powoli w zapomnienie…

    Pierwsza edycja rozegrana została oczywiście w Gwinei-Bissau i zakończyła się triumfem Senegalu, który w finałowym pokonał Mali 1:0. Gospodarze zajęli czwarte miejsce, przegrywając po karnych z Gwineą. W turnieju wzięło udział siedem drużyn. Oprócz wyżej wymienionych zespołów także: Gambia, Mauretania i Republika Zielonego Przylądka. Przez dziesięć lat, do roku 1989, turniej rozgrywano rokrocznie. Do tego czasu w rolę gospodarza wcieliło się już osiem różnych krajów. W roku 1983 swój debiut zaliczyła reprezentacja Sierra Leone. Na przełomie lat 80. i 90. zdecydowano się na zmianę częstotliwości rywalizacji. Począwszy od turnieju w Mali w 1989 roku, zwycięzcę Pucharu Amílcara Cabrala świat poznawał raz na dwa lata. W takiej formie rozgrywki przetrwały osiem lat. Silne opady deszczu utrudniające remont stadionu narodowego w Republice Zielonego Przylądka spowodowały przełożenie startu szesnastej edycji z listopada 1999 roku na maj roku następnego. Żeby nadrobić stracony czas, puchar – który zyskał sobie miano nieformalnych mistrzostw Afryki Zachodniej – odbył się także w 2001 roku.

    W międzyczasie ranga turnieju systematycznie się obniżała. O ile słabsze piłkarsko kraje regionu mobilizowały najlepszych zawodników do gry, o tyle Malijczycy posyłali w bój wielu anonimowych graczy, Senegal zaś w 2001 roku wystawił do gry reprezentację do lat 23. To wszystko, w połączeniu z kłopotami finansowymi afrykańskich federacji, spowodowało poważne zakłócenia ciągłości turnieju. Przez cztery lata kibice z zachodu Afryki pozbawieni byli rywalizacji, do której przywykli. Puchar Amílcara Cabrala wrócił na piłkarską mapę w roku 2005, kadry poszczególnych państw były jednak oparte na piłkarzach krajowych. Mali przysłało zespół oficjalne tytułowany Mali B, Senegal powtórzył manewr z wystawieniem młodzieżowców, podobny wybieg zastosowała też Gambia – mecze tych drużyn były tym samym traktowane jak nieoficjalne i nie uwzględniano ich w rankingu FIFA. Nawet Gwinea – gospodarz i późniejszy triumfator, zdecydował się na oparcie zespołu na zawodnikach rodzimych klubów. Mało tego, w zawodach partycypowało zaledwie sześć drużyn.

    Reprezentacja Republiki Zielonego Przylądka

    Republika Zielonego Przylądka wycofała się z gry w pucharze w 2005 roku

    Dwa lata później, w Gwinei-Bissau, było już lepiej – zgłosił się komplet ośmiu reprezentacji. Na parę dni przed pierwszym meczem z gry wycofała się co prawda Mauretania, przyczyniając się do kolejnego chaosu organizacyjnego, ale puchar rozegrano. Drugiego listopada bieżącego roku, trzydzieści lat od rozegrania pierwszej edycji, ruszyć miała dwudziesta odsłona turnieju. Swój akces ponownie zapowiedziało wszystkie osiem drużyn. Wśród faworytów tradycyjnie wymieniano najczęstszych triumfatorów: Senegal (8 zwycięstw), Gwineę (5) i Mali (3) – oprócz tych trzech państw po końcowy sukces sięgały jeszcze Sierra Leone (2) i Republika Zielonego Przylądka (1). Niestety, sprawca zamieszania sprzed dwóch lat i organizator tegorocznego turnieju – Mauretania – tłumacząc się problemami natury organizacyjnej, przełożył turniej na marzec 2010. Prawdopodobnie prędzej czy później jedenastki krajów Afryki Zachodniej znowu staną w szranki w Pucharze Amílcara Cabrala. Szkoda tylko, że pierwotny czar tych zawodów odszedł do lamusa, a desygnowane do walki na murawie drużyny są pozbawione największych gwiazd. W dobie skomercjalizowanego futbolu reprezentacje traktowane są przez kluby jako zło konieczne. Biedne afrykańskie federacje nie stać na opłacenie ubezpieczenia swoich perełek biegających po europejskich boiskach. Tym bardziej, że nie chodzi przecież o Puchar Narodów Afryki a turniej, który traktowany jest coraz bardziej po macoszemu. Pozostaje jedynie żałować, że w takim właśnie kontekście funkcjonuje w futbolowym świecie nazwisko Amílcara Cabrala, człowieka, dzięki któremu mecze reprezentacji Republiki Zielonego Przylądka i Gwinei-Bissau nie są dziś pojedynkami portugalskich kolonii. Na jakże innym poziomie funkcjonuje w Ameryce Południowej klubowy Puchar Wyzwolicieli, czyli Copa Libertadores.

    Na należyty hołd Cabral liczyć może ze strony afrykańskich artystów

    Starsze pozycje »

    Follow

    Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.